środa, 17 czerwca 2015




Wyruchać cię?

Chciałbyś.

Chciałbym.

Zapomnij.

(...)

Dlaczego każdy jeden kutas tkwi w przekonaniu, że to właśnie on jest tym, który zerżnie cię tak, że jeszcze na łożu śmierci będziesz odczuwała ból dupy.
A wszystkie gruchy wyginają się na jedno kopyto. Serio. Zero zróżnicowania.


Jest godzina 18:00. Budzę się z bólu. Idę do kibla i w lustrze widzę szare ścierwo z obtłuczoną połową twarzy. Zbiera mi się. Puszczam pawia pod nogi. Mam jakieś 40 minut do następnego. Nie zdążę się wykąpać. Przecieram cipę i twarz nawilżającymi chusteczkami. Została jedna, na wszelki wypadek. Czasem te chuje walą tak, jakby nie oglądały światła przez miesiąc. Na samą myśl w moich ustach gromadzi się ślina. Przełykam ją i skupiam się na czasie. 30 minut. Wycieram podłogę papierem, cała się lepię. Wkładam łeb pod strumień lodowatej wody. Zawsze pomaga. Walę na siebie tony podkładu, żeby zatuszować sińce. Wciągam na siebie rajstopy zataczając się po pokoju. 15 minut. Kombinezon. Włosy. Oczy. Usta. Tego siniaka nad górną wargą nie ukryję. Pierdolę. Jak mu się nie będzie podobać to powiem, żeby stąd wykurwiał. Nie mam dzisiaj siły na żadne zasrane kłótnie. 10 minut. Zajebiście. Zdążę jeszcze zajarać. Wychylam się przez okno i patrzę w dół. Widzę. Idzie. Co z tego, że w garniturze. Co z tego, że nie stary. Co z tego, że może nawet przystojny. Nic kurwa. Bo i tak będę tylko jego suką do chędożenia dopóki mu ten fiut w ryj nie wystrzeli albo mu go nie odgryzę. Ja pierdolę jak ja już kurwa nie mogę.
Dzwonek. Otwieram.

Wyruchać cię?

Chciałbyś.

Chciałbym.

Gryzę się w język.
To czego kurwa tak stoisz jak jakaś pizda. Rusz się i zerżnij mnie tak, żebym poczuła twojego fiuta w gardle.
Zamykam oczy. I włączam tryb niemyślenia. Idzie mi coraz gorzej.



piątek, 29 maja 2015


Trzask. Taki chrupot jakby ktoś łamał kości. To mnie? To mi?

Rozchylam uda i powieki. I znowu kurwa to samo.
Przyćpałam. Zajebiście. Nienawidzę siebie i tej jebanej swojej psia jego mać woli.
Jestem w jakimś totalnym rozpierdolu. Podpieram się, by wstać. Aaaaaale nie, kurwa, nie wstanę.
Chyba nadgarstek. Krzyk, który wydobywa się z moich warg w ogóle mi nie pasuje.
Musiałam nieźle drzeć ryja przez ostatnie godziny.
Teraz jestem w stanie wydobyć z siebie jedynie żałosne skomlenie.
Próbuję zlokalizować źródło nakurwiającego w chuj bólu. I widzę swoją girę. Klei się od na wpół przyschniętej krwi. A skąd leci? No jak to skąd? Z ud leci. Ja pierdolę. Mówiłam tej piździe, żeby mnie zostawiła w spokoju. A ona była w jakimś totalnym amoku. Jakaś pojebana.
Dobra, ogarnij się. Nie masz pół nogi i złamany nadgarstek.
Zemdleję z bólu, to tylko kwestia czasu.
Czy ja kojarzę to miejsce?
Rozglądam się, światła nie ma, wali stęchlizną.
Próbuję krzyknąć, ale nie mogę wydobyć żadnego dźwięku.
Będę kurwa silna, podpieram się na kawałku drewna. Drzazgi wbijają mi się w zdrową rękę. Ćmi mnie. W ustach mam posmak wymiocin i spermy.
Nie, nic nie zostało, muszę czekać, aż on przyjdzie. To trwa całą pierdoloną wieczność.
O, w rogu jest jakaś kałuża. Czołgam się do niej i zanurzam spragnione usta.
Po czym wypluwam własny mocz.


wtorek, 26 maja 2015



Te wszystkie see you very soon rezonują we mnie odbijając się mdłą czkawką za każdym razem, gdy otwieram usta.
Śmierdzące fajkami włosy lepią się do skroni. Zdecydowanie za gorąco. Czemu jest tak gorąco.
Zrobiłam jakieś 1000 kilometrów. Upiłam się z milion razy. Dałam dupy po każdym drinku.
Kurwa.
I co z tego wynika? Że kręcę się w kółko. Taki wir karuzeli. Wystawiam ręce przed siebie i czuję siłę odśrodkową. Przechylam się tak, że włosy puszczone luzem zamiatają grunt. A ja wywracam przepite białka do góry i nawet nie próbuję wyostrzyć tej papki, wszystko zlewa się w doskonale oczojebny powidok.
A potem rzygam, kręcę się i rzygam. I w tych wymiotach zaczynam wierzyć, że miraż na horyzoncie to jednak pokłosie dawnych słów. Ale nie kurwa, żal mi się siebie robi jak tak patrzę z zewnątrz. Pogubiłam buty, połamałam obcasy, dobrze, że do tego wesołego, tak kurwa, wesołego miasteczka nikt nie przychodzi, a cień na ścianie to słup. I podchodzę do niego i jebię w niego czołem do krwi. Raz, drugi, trzeci, aż do utraty tchu. Może to mnie otrzeźwi.Opieram się i bezwładnie opadam na ziemię. I deszcz nie będzie padał, skisnę w tym własnym fetorze, bo nie mam jak wrócić, ja już nie mam w głowie nic poza procentami i tymi dwoma w chuj nic nieznaczącymi słowami let's meet.
Żal mi siebie.
A łzy zmieszane z krwią i rzygami tworzą iście epicki malunek. Zanurzam się w nim aż w pewnym momencie zalepiony nos przestaje oddychać, krztuszę się i wtedy nareszcie tracę przytomność.


środa, 25 marca 2015



Łeb mi pęka.
Się kurwa wykpiłam. Już trzecia doba, bez niczego.
Może już mnie nie znajdą. Nie zostawiam śladów. Tylko gotówka.
Piję kawę. Piątą. Nie, szóstą. Ja pierdolę.
Muszę wyzdrowieć. Cieknie ze mnie jak z kranu. Nie tam, gdzie trzeba.
Wycieram nos szarym papierem toaletowym. Czerwony jak u alkoholika, a ja nie jestem jebanym alkoholikiem.
Tu, gdzie się zatrzymałam, nie mają innego papieru. Podcierasz się szarym ścierwem, smarkasz i naciągasz na siebie szary koc, który śmierdzi jak gówno. Co za dziura.
Dla zabicia czasu zdzieram kawałki obśrupanej tapety. Tu nie ma żarówki.
Wieczorem do podrzędnego pubu z muzyką, która wwierca się w każdy neuron i się łapię, że nerwowo wystukuję ten popierdolony rytm. To ta kawa tak na mnie działa.
Żaden stres.

Czego się gapisz palancie?
Gapi się. Ale inaczej niż zwykle. No i nie ma się co dziwić. Wyglądam jak wyglądam. Nikt prócz mnie nie powinien tego widzieć.
Totalny rozstrój. To kawa. Nie stres.
I powtarzaj tak sobie w kółko i wmawiaj, że jest jak nie jest.
Głupia.




Idę do kibla. Nie spojrzę w lustro. A potem do ściany, szarego koca i szarego papieru. Chyba, że tu będzie inny. To zabiorę. Trzeba mieć coś z życia.
No.
Był biały.
Spojrzałam w lustro.




niedziela, 15 marca 2015



Zmieniają się miasta, zmieniają się łóżka, i osoby w nich też się zmieniają. Codziennie byle inaczej.
I ja się w tym zmieniam.Z tym się zmieniam.

Oczy szczypią od niespania, dupa boli od ruchania.
To jest życie. Prawdziwe i małomoralne. Nic tak nie cieszy jak wreszcie się wyspać, zmyć z siebie cały sposób bycia dnia poprzedniego i walnąć się na prześcieradle bez skrupułów zajmując całą dostępną przestrzeń.
To są te momenty napadów szczęścia. Leżysz. Masz sufit. Często biały, trochę brudny. I żarówę, która daje po oczach. Ale nie wyłączasz jej. Wlepiasz się w nią, bo myślisz, że bez niej straciłabyś doszczętnie poczucie rzeczywistości.
Nikt się nad tym nie zastanawia. Tak już jest. Przetrawiasz te swoje myśli i złudne wrażenia. Nie ma końca. Gapisz się. I te oczy pieką. Wreszcie z przesuszenia zamykasz się i śpisz. A rano się budzisz.
I pierwsze co widzisz.
Znów ta żarówa.
I tak w kółko.
Zaraz się porzygam.