Łeb mi pęka.
Się kurwa wykpiłam. Już trzecia doba, bez niczego.
Może już mnie nie znajdą. Nie zostawiam śladów. Tylko gotówka.
Piję kawę. Piątą. Nie, szóstą. Ja pierdolę.
Muszę wyzdrowieć. Cieknie ze mnie jak z kranu. Nie tam, gdzie trzeba.
Wycieram nos szarym papierem toaletowym. Czerwony jak u alkoholika, a ja nie jestem jebanym alkoholikiem.
Tu, gdzie się zatrzymałam, nie mają innego papieru. Podcierasz się szarym ścierwem, smarkasz i naciągasz na siebie szary koc, który śmierdzi jak gówno. Co za dziura.
Dla zabicia czasu zdzieram kawałki obśrupanej tapety. Tu nie ma żarówki.
Wieczorem do podrzędnego pubu z muzyką, która wwierca się w każdy neuron i się łapię, że nerwowo wystukuję ten popierdolony rytm. To ta kawa tak na mnie działa.
Żaden stres.
Czego się gapisz palancie?
Gapi się. Ale inaczej niż zwykle. No i nie ma się co dziwić. Wyglądam jak wyglądam. Nikt prócz mnie nie powinien tego widzieć.
Totalny rozstrój. To kawa. Nie stres.
I powtarzaj tak sobie w kółko i wmawiaj, że jest jak nie jest.
Głupia.
Idę do kibla. Nie spojrzę w lustro. A potem do ściany, szarego koca i szarego papieru. Chyba, że tu będzie inny. To zabiorę. Trzeba mieć coś z życia.
No.
Był biały.
Spojrzałam w lustro.