środa, 25 marca 2015



Łeb mi pęka.
Się kurwa wykpiłam. Już trzecia doba, bez niczego.
Może już mnie nie znajdą. Nie zostawiam śladów. Tylko gotówka.
Piję kawę. Piątą. Nie, szóstą. Ja pierdolę.
Muszę wyzdrowieć. Cieknie ze mnie jak z kranu. Nie tam, gdzie trzeba.
Wycieram nos szarym papierem toaletowym. Czerwony jak u alkoholika, a ja nie jestem jebanym alkoholikiem.
Tu, gdzie się zatrzymałam, nie mają innego papieru. Podcierasz się szarym ścierwem, smarkasz i naciągasz na siebie szary koc, który śmierdzi jak gówno. Co za dziura.
Dla zabicia czasu zdzieram kawałki obśrupanej tapety. Tu nie ma żarówki.
Wieczorem do podrzędnego pubu z muzyką, która wwierca się w każdy neuron i się łapię, że nerwowo wystukuję ten popierdolony rytm. To ta kawa tak na mnie działa.
Żaden stres.

Czego się gapisz palancie?
Gapi się. Ale inaczej niż zwykle. No i nie ma się co dziwić. Wyglądam jak wyglądam. Nikt prócz mnie nie powinien tego widzieć.
Totalny rozstrój. To kawa. Nie stres.
I powtarzaj tak sobie w kółko i wmawiaj, że jest jak nie jest.
Głupia.




Idę do kibla. Nie spojrzę w lustro. A potem do ściany, szarego koca i szarego papieru. Chyba, że tu będzie inny. To zabiorę. Trzeba mieć coś z życia.
No.
Był biały.
Spojrzałam w lustro.




niedziela, 15 marca 2015



Zmieniają się miasta, zmieniają się łóżka, i osoby w nich też się zmieniają. Codziennie byle inaczej.
I ja się w tym zmieniam.Z tym się zmieniam.

Oczy szczypią od niespania, dupa boli od ruchania.
To jest życie. Prawdziwe i małomoralne. Nic tak nie cieszy jak wreszcie się wyspać, zmyć z siebie cały sposób bycia dnia poprzedniego i walnąć się na prześcieradle bez skrupułów zajmując całą dostępną przestrzeń.
To są te momenty napadów szczęścia. Leżysz. Masz sufit. Często biały, trochę brudny. I żarówę, która daje po oczach. Ale nie wyłączasz jej. Wlepiasz się w nią, bo myślisz, że bez niej straciłabyś doszczętnie poczucie rzeczywistości.
Nikt się nad tym nie zastanawia. Tak już jest. Przetrawiasz te swoje myśli i złudne wrażenia. Nie ma końca. Gapisz się. I te oczy pieką. Wreszcie z przesuszenia zamykasz się i śpisz. A rano się budzisz.
I pierwsze co widzisz.
Znów ta żarówa.
I tak w kółko.
Zaraz się porzygam.