piątek, 29 maja 2015


Trzask. Taki chrupot jakby ktoś łamał kości. To mnie? To mi?

Rozchylam uda i powieki. I znowu kurwa to samo.
Przyćpałam. Zajebiście. Nienawidzę siebie i tej jebanej swojej psia jego mać woli.
Jestem w jakimś totalnym rozpierdolu. Podpieram się, by wstać. Aaaaaale nie, kurwa, nie wstanę.
Chyba nadgarstek. Krzyk, który wydobywa się z moich warg w ogóle mi nie pasuje.
Musiałam nieźle drzeć ryja przez ostatnie godziny.
Teraz jestem w stanie wydobyć z siebie jedynie żałosne skomlenie.
Próbuję zlokalizować źródło nakurwiającego w chuj bólu. I widzę swoją girę. Klei się od na wpół przyschniętej krwi. A skąd leci? No jak to skąd? Z ud leci. Ja pierdolę. Mówiłam tej piździe, żeby mnie zostawiła w spokoju. A ona była w jakimś totalnym amoku. Jakaś pojebana.
Dobra, ogarnij się. Nie masz pół nogi i złamany nadgarstek.
Zemdleję z bólu, to tylko kwestia czasu.
Czy ja kojarzę to miejsce?
Rozglądam się, światła nie ma, wali stęchlizną.
Próbuję krzyknąć, ale nie mogę wydobyć żadnego dźwięku.
Będę kurwa silna, podpieram się na kawałku drewna. Drzazgi wbijają mi się w zdrową rękę. Ćmi mnie. W ustach mam posmak wymiocin i spermy.
Nie, nic nie zostało, muszę czekać, aż on przyjdzie. To trwa całą pierdoloną wieczność.
O, w rogu jest jakaś kałuża. Czołgam się do niej i zanurzam spragnione usta.
Po czym wypluwam własny mocz.


wtorek, 26 maja 2015



Te wszystkie see you very soon rezonują we mnie odbijając się mdłą czkawką za każdym razem, gdy otwieram usta.
Śmierdzące fajkami włosy lepią się do skroni. Zdecydowanie za gorąco. Czemu jest tak gorąco.
Zrobiłam jakieś 1000 kilometrów. Upiłam się z milion razy. Dałam dupy po każdym drinku.
Kurwa.
I co z tego wynika? Że kręcę się w kółko. Taki wir karuzeli. Wystawiam ręce przed siebie i czuję siłę odśrodkową. Przechylam się tak, że włosy puszczone luzem zamiatają grunt. A ja wywracam przepite białka do góry i nawet nie próbuję wyostrzyć tej papki, wszystko zlewa się w doskonale oczojebny powidok.
A potem rzygam, kręcę się i rzygam. I w tych wymiotach zaczynam wierzyć, że miraż na horyzoncie to jednak pokłosie dawnych słów. Ale nie kurwa, żal mi się siebie robi jak tak patrzę z zewnątrz. Pogubiłam buty, połamałam obcasy, dobrze, że do tego wesołego, tak kurwa, wesołego miasteczka nikt nie przychodzi, a cień na ścianie to słup. I podchodzę do niego i jebię w niego czołem do krwi. Raz, drugi, trzeci, aż do utraty tchu. Może to mnie otrzeźwi.Opieram się i bezwładnie opadam na ziemię. I deszcz nie będzie padał, skisnę w tym własnym fetorze, bo nie mam jak wrócić, ja już nie mam w głowie nic poza procentami i tymi dwoma w chuj nic nieznaczącymi słowami let's meet.
Żal mi siebie.
A łzy zmieszane z krwią i rzygami tworzą iście epicki malunek. Zanurzam się w nim aż w pewnym momencie zalepiony nos przestaje oddychać, krztuszę się i wtedy nareszcie tracę przytomność.