Trzask. Taki chrupot jakby ktoś łamał kości. To mnie? To mi?
Rozchylam uda i powieki. I znowu kurwa to samo.
Przyćpałam. Zajebiście. Nienawidzę siebie i tej jebanej swojej psia jego mać woli.
Jestem w jakimś totalnym rozpierdolu. Podpieram się, by wstać. Aaaaaale nie, kurwa, nie wstanę.
Chyba nadgarstek. Krzyk, który wydobywa się z moich warg w ogóle mi nie pasuje.
Musiałam nieźle drzeć ryja przez ostatnie godziny.
Teraz jestem w stanie wydobyć z siebie jedynie żałosne skomlenie.
Próbuję zlokalizować źródło nakurwiającego w chuj bólu. I widzę swoją girę. Klei się od na wpół przyschniętej krwi. A skąd leci? No jak to skąd? Z ud leci. Ja pierdolę. Mówiłam tej piździe, żeby mnie zostawiła w spokoju. A ona była w jakimś totalnym amoku. Jakaś pojebana.
Dobra, ogarnij się. Nie masz pół nogi i złamany nadgarstek.
Zemdleję z bólu, to tylko kwestia czasu.
Czy ja kojarzę to miejsce?
Rozglądam się, światła nie ma, wali stęchlizną.
Próbuję krzyknąć, ale nie mogę wydobyć żadnego dźwięku.
Będę kurwa silna, podpieram się na kawałku drewna. Drzazgi wbijają mi się w zdrową rękę. Ćmi mnie. W ustach mam posmak wymiocin i spermy.
Nie, nic nie zostało, muszę czekać, aż on przyjdzie. To trwa całą pierdoloną wieczność.
O, w rogu jest jakaś kałuża. Czołgam się do niej i zanurzam spragnione usta.
Po czym wypluwam własny mocz.